Wiedźmin: Rodowód krwi - Recenzja

Dawno temu w Xin'trei.

Wiedźmin: Rodowód krwi – recenzja bez hejtu

Serial Wiedźmin: Rodowód krwi wywołał niemałą burzę w Internecie jeszcze przed swoją premierą. Kiedy do sieci trafiły wszystkie cztery epizody tej produkcji, momentalnie wylała się fala negatywnych ocen ze strony rozczarowanych fanów.

Jednak, czy ten prequel faktycznie wypada tak źle, jak mogłoby się wydawać? Przyjrzyjmy się tej krótkiej produkcji na spokojnie.

Akcja serialu Wiedźmin: Rodowód krwi została osadzona 1200 lat przed losami Geralta z Rivii. Już sam opis sugerował, że widzowie będą świadkami słynnego wydarzenia o nazwie Koniunkcja Sfer. To właśnie wtedy, według historii przedstawionej przez Andrzeja Sapkowskiego, miało dojść do połączenia światów ludzi, elfów i potworów.

Główną bohaterką tej opowieści jest młoda elfka imieniem Éile (w tej roli Sophia Brown), która postanowiła porzucić drogę miecza. Pod pseudonimem Skowronek odwiedza liczne wsie i zagrody, gdzie zachwyca swoim pięknym głosem. Jej bardowska kariera zostaje przerwana, kiedy dochodzi do prawdziwej tragedii. Na skutek intrygii, uknutej przez księżniczkę Merwyn i jej świtę, trzy wielkie elfickie rody zostają niemal doszczętnie wybite. Merwyn przejmuje władzę w nowo powstałym imperium, a powstrzymać ją mogą tylko Éile i jej kompanii.

 

Już pierwszy odcinek w bardzo prosty sposób, głównie za pomocą narracji, nakreśla historię, którą ujrzą widzowie. Na cały sezon składają się tylko cztery epizody, więc akcja od samego początku gna bardzo szybko. Nie przesadzę jeśli porównam przedstawione wydarzenia do filmu Siedmiu samurajów (1954) w reżyserii Akiry Kurosawy. Éile zbiera skromną ekipę i rusza w stronę miasta Xin'trea.

Pierwszym problemem tego serialu jest jego długość. Z jednej strony twórcy wykroczyli poza format filmowy, bo cztery odcinki liczą łącznie około czterech godzin. Z drugiej strony jednak poruszono kilka wątków, które mogłyby zostać rozbudowane w nieco dłuższym sezonie. Cztery odcinki to jednocześnie za mało, ale także za dużo. Film z podobną fabułą mógłby wypaść nawet lepiej, bo wówczas twórcy pozbyliby się charakterystycznych dla seriali wydłużeń jak nudna wędrówka po lesie, czy liczne rozmowy prowadzące donikąd. W filmie zrezygnowano by prawdopodobnie także z tak licznych wątków, które ostatecznie musiały zostać ucięte lub przyspieszone, bo... cztery odcinki to jednak za mało.

 

Plusem serialu Wiedźmin: Rodowód krwi są za to bohaterowie. Chociaż sama Skowronek ma kompleks Kosogłosa, co za moment poruszę nieco bardziej, o tyle jej towarzysze zostali przedstawieni całkiem przyzwoicie. Zwłaszcza Fjall w kreacji Laurence’a O'Fuaraina wypadł naprawdę dobrze. Moją osobistą faworytką jest jednak krasnoludka Meldof (Francesca Mills) i jej młot imieniem Gwen. Chciałbym także napisać, że Michelle Yeoh poradziła sobie dobrze w roli Scían, ale mam wrażenie, że ta aktorka ostatnio występuje w zbyt wielu produkcjach, gdzie odgrywa strasznie podobne postacie.

Mimo iż bohaterowie są interesujący to ponownie długość serialu strasznie ucina skrzydła ich kreacji. Każdy z członków grupy dostał chwilę czasu antenowego. Dodatkowo powstające między nimi więzi wydają się nienaturalne i przyspieszone. Zwłaszcza wątek romantyczny pojawił się znienacka. Ech.

Wspomniałem jednak o Kosogłosie i miałem ku temu powód. Po seansie wszystkich odcinków Rodowodu krwi doszedłem do wniosku, że nie jest to tylko kalka Siedmiu samurajów, ale także Igrzysk śmierci. A przynajmniej pod kątem „rewolucyjnym”. Skowronek stała się głosem ludu i to w sumie z nie wiadomo jakiego powodu. Chociaż narrator i postacie poboczne starają się tłumaczyć, dlaczego ta bohaterka jest tak ważna to ona wcale nie robi rzeczy, za które lud miałby w niej wypatrywać wybawicielki. Wydaje mi się, że scenarzyści chcieli na siłę przepchnąć ją jako mesjasza tych krain. Być może to kolejny problem bardzo krótkiego sezonu i faktu, że nawet nie zdążyłem zżyć się z bohaterami?

Fani twórczości Andrzeja Sapkowskiego wytykali temu serialowi błędy już po samym zwiastunie. Poruszono m. in. wątek filarów, które pozwalają na podróżę między różnymi światami. Mi z kolei najbardziej przeszkadzał w tym temacie fakt, że nie zostało wyjawione, jak one zostały stworzone. Serial Wiedźmin: Rodowód krwi posiada wiele wstawek, które nie dostały wyjaśnienia i to chyba najbardziej mnie irytowało.

Produkcja ta przedstawia także scenę narodzin pierwszego wiedźmina. W pewnym momencie Syndril uznał, że może stworzyć zabójcę potworów. Ot tak. Bo dlaczego by nie. To nie tak, że receptura znajdowała się w jakiejś magicznej księdze. On po prostu stwierdził, że teraz można tego dokonać i przeprowadził całą Próbę traw (nigdy wcześniej o tym nie wspominając). Po pewnym czasie zacząłem z przymrużeniem oka traktować takie wybryki scenarzystów.

Wydaje mi się, że Rodowód krwi zyskałby i to niemało, gdyby twórcy całkowicie odcięli się od uniwersum wiedźmińskiego i zaserwowali nie cztery, a dziesięć odcinków kompletnie własnej produkcji. Nie musielibyśmy wówczas obserwować przedziwnego i kompletnie niepotrzebnego wątku z Eredinem, czy nieuzasadnionej zabawy z filarami międzywymiarowymi.

Czy wspomniałem już o efektach specjalnych? Chyba nie, a warto poruszyć tę kwestię. Stwory ukazane w tym serialu wyglądają tragicznie. Poczułem się, jak podczas seansu polskiego Wiedźmina z 2002 roku.

Plusy

  • Ciekawa kreacja bohaterów drugoplanowych
  • Pomysł był interesujący, ale wykonanie leży

Minusy

  • Irytująca główna bohaterka
  • Słabe efekty specjalne
  • Ucinanie, lub przyspieszanie wątków pobocznych
  • Dziury fabularne
  • Za krótki na serial, za długi na film

Werdykt

Rodowód krwi to prawie dobry serial fantasy z niewymagającą fabułą, który mógłby być lepszy, gdyby nie został na siłę wrzucony do uniwersum Wiedźmina. Produkcja ta posiada kilka ciekawych elementów, ale przez dziurawy scenariusz i nieposzanowanie lore staje się papką przeznaczoną dla niewielkiego grona widzów.

W tym artykule

Wiedźmin: Rodowód krwi – recenzja bez hejtu

4
Słaby
Dawno temu w Xin'trei.
Wiedźmin: Rodowód krwi
Zobacz również
Komentarze